„Zostałem źle zrozumiany/a”. Czyli o sztuce nieprzepraszania.
Kiedy coś palniecie, wystarczy sięgnąć po kartę „zostałem(-am) źle zrozumiany(-a).”
Jest to chyba najwspanialsza z non-apologiesowych kart. Bo jak się przeprasza, że ktoś się poczuł urażony, to może i wychodzi się na wspaniałomyślnego, bo przeprasza się za CZYJEŚ emocje, ale jednak trzeba powiedzieć „przepraszam”, a to – jak wiadomo – największy językowy łamaniec.
Za „złe zrozumienie”, przepraszać nie trzeba. Przecież znaczy to, że odbiorcom i odbiorczyniom nie starczyło kapitału kulturowego, wyczucia interpretacyjnego, a może, no – powiedzmy sobie wprost – rozumku, by nas zrozumieć. A to wynika oczywiście z tego, że lepsi jesteśmy i mądrzejsi niż wszyscy inni, że nasze słowa i działania nie są dla idiotów, że rozumieć nas może jeno elita.
No i cacy, wiadomo, że w komciach przyklaśnie temu masa osób, które powiedzą w dodatku, że może i głupi lud nie zrozumiał, ale oni tak. Bo przecież fajnie być w elicie.
Ale jednak z usprawiedliwianiem swoich działań czyimś niezrozumieniem jest trochę tak, jak z jedzeniem majonezu dekoracyjnego.
Raz, że po prostu niesmak.
A dwa, że wypacza się sens (DE-KO-RA-CY-JNY. Do dekoracji, nie do jedzenia!).
Bowiem między „zostałem źle zrozumiany” a „źle się wyraziłem” jest istotna różnica.
Pierwszy z tych tekstów przenosi odpowiedzialność na odbiorców i odbiorczynie. Wskazuje, że to przy dekodowaniu komunikatu pojawił się problem lub niedostatek, który uniemożliwił prawidłowe zrozumienie tekstu. Tych, którzy nie zrozumieli można obwiniać. Ba, może można nawet ich ignorować, bo kto by się bezrozumnymi przejmował.
Jeżeli jednak sformułowaliśmy komunikat tak, że został powszechnie odczytany w błędny sposób, to znaczy, że źle się wyraziliśmy. My.
Nad słowami, które opuszczają nasze usta lub klawiatury, nie mamy już władzy. Powinny być zatem ułożone tak, by oddawać nasz zamysł. Nie możemy przecież siedzieć przy każdej czytającej je osobie i szeptać do uszka wyjaśnienia. A jeżeli nie potrafimy przekazać swojej myśli, to może znak, że warto się zastanowić nad jej wypowiedzeniem?
Bo to, że tracimy nad wypowiedzianymi słowami władzę, nie znaczy, że przestajemy ponosić za nie odpowiedzialność.
Maciej Makselon