Implozja polszczyzny.
Stoję w kolejce dyskontu. Takiego, którego alejki nie są zawalone pod sufit i który nie straszy pozwami za śmieszkowe akcje w internecie.
Nie będę mówił, o jaki dyskont chodzi. Cichosza.
Stoję, bo właśnie skończyłem wypakowywać produkty (ziemniaki, cebula – wiadomo, w końcu jestem po polonistyce) na taśmę. Z zaskoczenia bierze mnie pan starszy, który wskazuje pusty już koszyk i pyta: „mogę wziąŚć?” akcentując wyraźnie (i zupełnie nieironicznie) ostatnią sylabę. Zmiękczone świszczące „ś” rozchodzi się powietrzu na złość słownikom.
Pani, która stoi za mną, podnosi wzrok, uśmiecha się do mnie z przekąsem. Przekąsem, który szybko ustępuje miejsca przerażeniu.
Bo oto znika wszystko z półek i zaczynają się dziać rzeczy niestworzone. Ziemia drży, alejka rozstępuje się, z otchłani wyłania się bestia mająca dziesięć rogów i siedem głów, a na jej rogach dziesięć słowników, a na jej głowach słowa bluźniercze. Bluźnierczo niepoprawne.
Pan starszy pada na kolana promieniem rażony i przygląda się, jak wszystko zaczyna zapadać się wewnątrz dyskontu. Wszystkich nas dławi ciśnienie.
Tak właśnie imploduje polszczyzna.
No, poza tym, że nie.
Nic się nie stało. Nie miałem ŻADNEGO problemu ze zrozumieniem pytania pana starszego. Uśmiechnąłem się i kiwnąłem głową, a on wyciągnął rękę, by przeprowadzić czynność „wziąŚć”. Czynność, która – mimo nadmiarowego „ś” – zakończyła się pełnym sukcesem.
Rzeczywistość nie zadrżała nawet na sekundę. Polszczyzna jęknąć nawet cichutko nie czuła potrzeby.
I panu starszemu koszyk też z ręki nie wypadł.
🤷.
Maciej Makselon